.nowy jakobe


.elita

.zdjęcia

.świerszcze




.mejl
.gg





.blog.pl








F5

nie jestem pewien, po jakim czasie nieaktualizowany blog na domenie blog.pl znika z powierzchni internetu, więc odzywam się na wszelki ewentualny. 

2011-01-19 skomentuj (2)


the end

drodzy państwo, czas na kropkę. po ponad dwóch latach żegnam się z serwisem blog.pl. to były piękne dwa lata - wiele się w tym czasie wydarzyło, jeszcze więcej mogło się wydarzyć. w każdym razie, dziękuję wszystkim za udział w tworzeniu tego miejsca, dziękuję za życzliwość i dobre słowo, dziękuję bogu i matce whitney houston. jednocześnie rozczaruję wszystkich tych, którzy zdążyli pisnąć z radości - nie kończę z blogiem jako takim. od wczoraj można mnie znaleźć pod nowym adresem: jakobe.art.pl.

2007-01-28 skomentuj (7)


jakobe.mansztajn@gazeta.pl

[1] jeżeli ktoś z państwa chciałby mnie o coś zapytać, na przykład o ulubioną pozycję albo czy jestem (cytuję) "amatorem pedałów" i czy mam (cytuję) "stałego chłopca do jeżdżenia", to ja chętnie odpowiem. moją ulubioną pozycją już od wielu lat jest "paragraf 22" i nie, nie jestem cyklistą, ergo stałego chłopca do jeżdżenia nie posiadam. wprawdzie można odnaleźć w mojej biografii momenty szalone, ale dotychczas nie "smyrałem osiołkiem miękich przedmiotów" ani nie "objebałem się ze szczęścia na widok czarnej pały" (skądinąd bardzo zabawna fraza). na te i inne pytania odpowiadam chętnie, dlatego proszę się nie krępować – mejla znajdą państwo po lewej i w tytule. jednocześnie z tego miejsca chciałem serdecznie podziękować twojemu wilbicielowi kurwo hahaha (autorowi cytowanego listu) za okazane mi zainteresowanie

2007-01-22 skomentuj (15)


champion żabianka - mosir sopot

[1] beckham zostanie najbogatszym piłkarzem w historii świata. podobno za pięć lat gry mają mu zapłacić ćwierć miliarda dolarów. to dużo. za takie pieniądze mógłby sobie beckham kupić kraj, na przykład bułgarię albo polskę. ja bym sobie kupił skuter śnieżny i sprowadził z finlandii śnieg. śniegu nigdy za wiele, zwłaszcza tej zimy. w każdym razie, też kiedyś grałem w piłkę i szło mi całkiem nieźle. niektórzy do dziś wspominają moje wyczyny w meczu przeciwko mosirowi sopot. ach, najpierw na pełnym biegu wyprowadziłem długie i niezwykle precyzyjne podanie do przodu, następnie ruszyłem na bramkę i bezpańską piłkę z drugiego, może trzeciego metra technicznym strzałem posłałem do bramki. to mógł być początek wielkiej kariery. niestety, niedługo później uległem kontuzji. pamiętam dokładnie: miałem dośrodkowywać. podszedłem do linii końcowej, piłkę ustawiłem w narożniku, popatrzyłem w pole karne, wziąłem długi rozbieg i uderzyłem. pech chciał, że zamiast kopnąć w piłkę kopnąłem w krawężnik. moja noga już nigdy nie wróciła do formy. można powiedzieć, że tamtego dnia ćwierć miliarda dolarów poszło się jebać. można powiedzieć, że tamtego dnia beckham miał szczęście

2007-01-13 skomentuj (12)


johnny nie pójdzie na wojnę

[1] kolega siwy, pomimo sympatii, jaką żywi wobec śmierci, postanowił nie pójść trzydziestego pierwszego grudnia w pląsy, tylko zaszyć się w wirtualnej chatce na cedrowym drzewie i w towarzystwie świeczek zapachowych z ikei rozwijać ideę mania wbitego. siwemu jest niezmiernie przykro, albowiem doszedł do punktu zwrotnego w swojej karierze, kiedy sylwestrowa tradycja straciła ten czar, który miała onegdaj, gdy się było chłopcem - powiedzmy - osiemnastoletnim i na czworakach, z finezją żołnierza postrzelonego w obie nogi, czołgało do łazienki. ech, łezka wierci się w oku na wspomnienie tamtych dziewcząt słodkich, które okrakiem siadały ci na twarz i twoją zmierzwioną gładząc czuprynę szeptały coś, czego nie słyszałeś, albowiem poległy już byłeś, i piękna była to śmierć - na froncie, w drodze do łazienki, w udach słodkiej dziewczyny. niestety taka jest reguła, że dawne obyczaje zanikają, a w ich miejsce powstają nowe, gorsze, dlatego - powiada siwy - jedyną alternatywą dla pięknej śmierci męskiego podlotka jest zapuszczenie się w ogrody zazen w wirtualnej chatce na cedrowym drzewie, w towarzystwie świeczek zapachowych z ikei

2006-12-28 skomentuj (7)


o slamie. krótko, ogólnie

[1] w niedzielę, w mieście sopocie, w atmosferze jako takiego zrozumienia dla wrażliwości wyższej, po sześciu miesiącach przerwy wydarzyło się coś takiego, co sobie wespół z kolegą szyjemy od pewnego czasu. wydarzyło się po raz trzeci i daj bóg nie ostatni. dwa wcześniejsze razy, co je sobie uszyliśmy, wyszły jednak trochę ładniej (w sensie spektakularniej, co nie jest bez znaczenia dla przyszłości imprezy) – i frekwencja była wyższa, i emocje na trybunach intensywniejsze, i dziennikarzy więcej, i telewizja reportaż robiła. tym razem haft został szturchnięty i zamiast ładnie, w sensie spektakularnie (co, jak już wiemy, nie jest bez znaczenia dla przyszłości imprezy), wyszło cokolwiek poprawnie, choć poprawnie jedynie w sensie medialnym. w tak zwanym sensie merytorycznym sukces był, można powiedzieć, znaczny - raz, że goście jak ta lala; dwa, że koncert bajzla; trzy, że slam na dosyć wysokim poziomie. niekwestionowaną perełką wieczoru był jednak performance empiego z czerskim, którzy w duecie zaprezentowali cykl krótkich rymowanek na tematy geograficzne (for example: "w bardzo znanym mieście kutnie / zwisa pannom pierś okrutnie" albo " żadnej panny w mieście tychy / nie tkniesz nawet za dwie dychy")

(foto tutaj i tutaj)

2006-12-19 skomentuj (14)


kiedy zwierzęta mogą nam wreszcie powiedzieć

[1] jest coś takiego w obchodach religinych, że no no. pomimo tego, że choinkę kojarzę przede wszystkim z lasem, orzecha laskowego z leszczyną, a mandarynkę z maksymalną wioską i – po prawdzie – w ogóle nie rozumiem całej tej akcji z karpiem czekającym w wannie, sianem wpychanym pod obrus, całej tej szopki z chrystusem, wycieczką trzech króli, pierwszą gwiazdką na niebie, i dosyć mnie bawią sentencje z cyklu: "abyśmy w tych dniach dobrzy dla siebie byli" (jakby innych dni miało nie być), to jednak – pomimo całej tej fasady, fałszywych mikołajów i fałszywych elfów na ulicach – lubię ten moment, kiedy sobie siedzimy z ojcem, i ojciec nie powie, ale pomyśli, że fajnie jest sobie tak czasem posiedzieć, pogadać trochę, powiedzieć więcej, chociąż nie mówić wiele. ten moment, kiedy matka zagrzeje glöga w rondelku, chanukiję czy co tam walnie na stół i zaraz poleje sowicie, i w trójkę usiądziemy, i żadne z nas nie powie, ale pomyślą wszyscy, że fajnie jest sobie tak czasem posiedzieć, napić się glöga


2006-12-13 skomentuj (10)


dna prawdy

[1] w całej tej sprawie przestałem się już orientować sam w sobie, czy bliżej mi do gazety wyborczej, czy do samoobrony. do jednego i drugiego zaufania nie mam, choć przyznaję, że z niejaką satysfakcją odnotowałem wczorajszą wieść, że – tu cytuję – łyżwiński nie jest ojcem dziecka. dosyć rozbawił mnie też komentarz pewnej buńczucznej pani z telewizora (zdaje się pełnomocniczki anety k.), że skoro łyżwiński nie jest ojcem dziecka, to należy prędko pobrać dna leppera i zweryfikować, czy to przypadkiem lepper nie jest ojcem dziecka. osobiście uważam, że dla całkowitej pewności należałoby też sprawdzić dna posła filipka, posła maksymiuka, a także lawirującego pomiędzy partiami posła mojzesowicza i nieistniejącego już posła smolany, dając tym samym początek wspaniałej, ogólnopolskiej akcji "cała polska szuka ojca", "sprawdź swoje dna", "to może być twoje dziecko"

2006-12-10 skomentuj (11)


e szort stejtment

[1] jest taki fragment u kundery, w którym narrator w imieniu jednej z bohaterek wyraża myśl: "To, czegośmy nie wybrali, nie jest naszą zasługą ani naszą winą" - myśl dość oczywistą, ale której trudno nie przytaknąć. i w tej myśli zawiera się właściwie cały mój stosunek wobec płci, własnej i nie własnej: czynienie zeń przedmiotu dumy lub buntu jest niedorzeczne w takim samym stopniu. tyle mam do powiedzenia w tej sprawie

2006-11-27 skomentuj (15)


rzecz o paryżu i nie tylko

[1] zobaczyłem paryż i nie umarłem. ale nie żebym się nie zachwycił. przeciwnie – zachwyciłem się dość poważnie i jeszcze poważniej zachwycam się teraz, kiedy wróciłem i widzę, że przez ten tydzień mojego w paryżu pobytu nic się na mieście nie zmieniło (jeśli masz wrócić, nie wyjeżdżaj). nie umarłem z innego powodu – na umieranie czasu nie było. nie było czasu, aby się zachłysnąć głębiej, dać się paryżowi – tym jego uliczkom, kawiarniom, ślicznym pyszczkom kobiet z burdeli – wciągnąć. spędzić noc na montmartre i nad małą kawą i plackiem serowym zaliczyć zgon metafizyczny. nie było czasu, albowiem grupowe wycieczki z przewodnikiem zakładają: śniadanie – zwiedzanie – kolacja – sen. dzień składa się z 12 godzin i ani jednej niezagospodarowanej minuty. o śmierci nie ma mowy

[2] a co widziałem, to widziałem. nic, o czym nie można by przeczytać w książkach. z tą różnicą, że na żywo jest większe i kopie dupę

[3] jeśli spytać o różnice między paryżem a trójmiastem, odpowiedziałbym, że ruch uliczny, ruch samochodów i pieszych. że w takim trójmieście zasadniczo nie wchodzi się na jezdnię na czerwonym, kiedy właśnie w twoją stronę pędzi auto. w paryżu – owszem, się wchodzi i nawet nie trzeba specjalnie przepraszać, że się weszło i wpadło na maskę auta, które jakimś cudem zdążyło wyhamować i nie zabiło. albo to, kiedy jedną z głównych arterii paryża płynie sobie ruch, ruch gęsty jak syrop i wartki jak rzeka, i w pewnym momencie do ruchu włącza się skuter. żaden zbrojony, zwyczajny skuter włącza się do ruchu z chodnika, włącza się w pędzącą rzekę aut, w stado galopujących citroenów, peugotów i renaultów, i nie rozbija się i jego kierowca nie ginie na miejscu, choć powinien. i to jest taka różnica właśnie, że u nas, w trojmieście, nie ma skuterów

(pees. inną różnicą jest wino, ów sławne francuskie. i różnica poleca na tym, że u nas wino jest smaczne i tanie, w paryżu zaś tanie wino jest zawsze niesmaczne)

2006-11-17 skomentuj (12)








.lista mansztajna


.ślinki

.grupa php
.nieszuflada
.poema
.pp
.fabrica


.anarchiwum

2011
styczeń
2007
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad




liczba gości:
liczba odsłon: